Reklama
    Goście
    Naszą witrynę przegląda teraz 1 gość 

    Wrzosowa Wyprawa Harcerzy Starszych: Trójkąt lubrzański

    DSC048343 czerwca rozpoczęła się jedna z największych przygód w historii 39 Harcerskiej "Drużyny Szarżującego Dzika". 20 kg na plecach, 60 km do przejścia, 5 dni. Na szlaku bywało różnie, choć wszystko można sprowadzić do Przybyliśmy, Przeszliśmy... uciekł nam autobus. O tym gdzie w Lubuskiem można znaleźć mapę MRU, gdzie PKS wciąga w trójkąt lubrzański oraz to kiedy musi paść "Na spotkanie przygodzie", żeby cię spotkała w obszernej relacji z wyprawy...

     

                    3 czerwca, godzina 6.50. 39HDSD stoi pod Kościołem Farnym we Wrześni i czeka na swojego drużynowego. Za 10 min zaczyna się Msza, za 60 min zaczyna się największa przygoda w 39 od trzech lat. W Kościele budzimy zainteresowanie swoim ubiorem. Bojówki i czarne polary zdecydowanie nie pasują do otoczenia. Potępieni przez niektórych wzrokiem, lecz całkiem miło przyjęci przez księży stajemy z tyłu kościoła. Tam przynajmniej nie będziemy nikogo rozpraszać. Po Mszy przed kościołem zapakowaliśmy się z jedzeniem i sprzętem do plecaków. Pożegnani przez księży wyruszyliśmy do… kolejnych księży. Tym razem do Lubrzy, ale o tym za chwilę

                    Droga do Poznania była dość spokojna. Na dworcu głównym poznaliśmy jeszcze byłego harcerza z Uniwersytetu Przyrodniczego. Okazało się, że w weekend również będzie tam gdzie my, bo… jest tam impreza na 20 tysięcy osób. Tego akurat się nie spodziewaliśmy („Na spotkanie przygodzie” jeszcze nie padło). Cóż, krótka analiza sytuacji i już wiemy. W sobotę śpimy w Wysokiej.  Jednak na razie to i tak wielka abstrakcja, bo najpierw trzeba dojść do Lubrzy. W Świebodzinie okazało się…  że obwodnica już jest. Stara polna droga, którą kiedyś spokojnie można było przejść okazała się trasą nieco ruchliwszą. Jednak nie na tyle, żeby nie dało się przez nią bezpiecznie przejść (nadal nie pada „Na spotkanie przygodzie”).

                    Ok. 14 byliśmy już za Świebodzinem. Z nieba leje się żar. Zasoby wody kurczą się nieubłaganie. Asfalt chce nam spalić podeszwy. Pojawiają się pierwsze wątpliwości, czy wyprawa była dobrym pomysłem (pada pierwsze „Na spotkanie przygodzie!”). Choć morale zważywszy na okoliczności nadal są dość silne. W końcu na 10 kilometrze trasy Świebodzin – Lubrza, zatrzymuje się bus, który oferuje nam podwózkę do samego Boryszyna. Akurat nie jesteśmy zainteresowani dojazdem aż tam, Lubrza wystarcza nam w zupełności. Tak więc dojeżdżamy ostatnie 2km pod sam Dom Ojców Salezjanów. Tam wita nas ksiądz Kamil. Pokazuje nam miejsce do rozbicia się. Klimat tego miejsca się nie zmienił. Po 3 latach po raz drugi przyjmuje nas równie ciepło. Po obiedzie (klopsiki) idziemy wziąć prysznic. Wyrywa się żart, że powinniśmy tam trafić na koniec naszej podróży. W miedzyczasie poznaliśmy jeszcze księdza Jarosława. Póżniej jeszcze raz przyszedł do nas ksiądz Kamil, który namówił nas na ognisko. Pomógł też w przygotowaniu herbaty (eh, żeby było więcej takich miejsc jak Lubrza). Później w rozmowie wychodzi, że ojciec ma bardzo dokładną mapę okolicy. Dużo dokładniejszą niż ta, którą dysponowaliśmy my. Bez chwili zawahania, dał nam ją w prezencie :). Rano z ogromnym żalem żegnamy się z księdzem Jarkiem. Zarzekamy się, że wrócimy za rok, choć jak się później okaże, Lubrza ugości nas jeszcze wcześniej niż się spodziewamy.

                    Trasa do Wysokiej była dość wymagająca. W końcu mieliśmy tam dojść po noclegu w Boryszynie. Koncert, który tam się odbywał jednak niósł za sobą zbyt duże ryzyko. Tak więc trasę zaplanowaną na dwa dni, chcieliśmy przejść w jeden. Nieco pomyliliśmy też trasę, więc z 10km zrobiło się 15. Cóż, taki urok obozów wędrownych, nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć. Zresztą to i tak było nic w porównaniu z tym co nas miało czekać w niedzielę. Gdy doszliśmy do Wysokiej przywitała nas pani Sołtys. Pomogła nam załatwić nocleg na terenie przy jeziorze. Okazał on się średnio odpowiedni. Naszymi sąsiadami byli rybacy, którzy nieco przeszkadzali nam w zajęciach. Jednak następnego dnia, spakowaliśmy obozowisko i poszliśmy do Boryszyna. Po raz drugi pomogła nam pani Sołtys, która przechowała najcięższe rzeczy z naszego ekwipunku. Poznaliśmy tam też Artura, który opowiedział nam dość dużo o bunkrach Międzyrzecza. W Boryszynie widzieliśmy kawałek inscenizacji bitwy pod Mokrą oraz weszliśmy do kompleksu bunkrów. Przez wzgląd na dużą liczbę turystów, trasa została skrócona i nie udało nam się złożyć znicza obok miejsca gdzie zginęła harcerka Agnieszka. Widzieliśmy też bunkier 766 przy którym rozbijały się kolejno pierwsza i druga Wyprawa Wędrownicza z naszego Szczepu. Stanowił on też wejście do koszar i strzelnicy, w której przyrzeczenie składał obecny drużynowy 39.

                    Po powrocie do Boryszyna zjedliśmy obiad i wykąpaliśmy się w jeziorze. Po tym do końca rozbiliśmy obozowisko w miejscu, gdzie jeszcze dzień wcześniej biwakowali harcerze z ZHRu. Rozpaliliśmy też dwa ogniska. Dlaczego aż dwa? Ponieważ tego wieczoru, po krótkiej gawędzie i dyskusji harcerze 39HDSD mogli odnowić Przyrzeczenie Harcerskie. Wszyscy, którzy uczestniczyli w wyprawie zdecydowali się to zrobić dając wyraz temu, że teraz jeszcze raz, z tym że bardziej świadomie, przyjęli te wartości, które niesie za sobą Prawo Harcerskie. Potem usiedliśmy do drugiego ogniska i tam przygotowaliśmy sobie kolację. Podjęliśmy też decyzję o tym, że wracamy jednak w niedzielę, a nie w poniedziałek jak planowaliśmy na początku. Jednak MRU miało w stosunku do nas inne plany… 

                    Niedziela 6 czerwca, godzina 6.00. Cały obóz już na nogach. Zaczyna się przygotowywanie śniadania i sprzątanie namiotów. Praca wre, ale jeśli chodzi o siły to działamy już na rezerwie. Wszystko idzie sprawnie, choć nie do końca jesteśmy pewni swoich możliwości. Wśród nas są też kontuzjowani. Idziemy do Wysokiej, podziękować pani Sołtys. Mieliśmy też zostać na Mszy Świętej, ale stwierdzamy, że skoro jeszcze dzisiaj będziemy w domu, to możemy iść do Kościoła we Wrześni. Baliśmy spóźnić się na autobus. Bezpodstawnie jak się później okazuje. Wyszliśmy z Wysokiej, a do Boryszyna doszliśmy mimo kontuzji i tak 1,5h przed autobusem. Czekamy. W międzyczasie dokonują się też zakupy w wiejskim sklepiku. Morale są dobre, wszyscy są zmęczeni i tylko czekają, aż będą mogli wsiąść do autobusu do Zielonej Góry. Na 10 min przed planowanym przyjazdem autobusu wszyscy są już gotowi do szybkiej ewakuacji z przystanku. Godzina 11.41 przez wieś przejeżdża autobus. Jeszcze nie wiemy, że to był nasz. Czekamy dalej. Po 15 minutach już wiemy. Utknęliśmy i to poważnie… Idziemy do Staropola, może uda nam się złapać stopa. Morale drużyny: zadziwiająco dobre, drużynowy tylko nieco dobity. Stopa nie udaje się złapać (9 osób + plecaki, jednak była chwila, że łudziliśmy się tym, że jakiś wojskowy samochód nas zabierze).

                    W pewnym momencie zatrzymuje się wóz Straży Pożarnej. Po pierwszym wrażeniu, że robią sobie z nas żarty, okazuje się że chcą jednak nas zabrać. Oszczędzili nam dodatkowych 7 km. W Lubrzy pukamy już do znanych nam drzwi. Ksiądz Jarek otwiera i wydaje się być lekko zaskoczony. Jednak bez problemu godzi się, żebyśmy rozbili się w ogrodzie. Wybraliśmy się na zakupy, żeby dokupić jedzenie na obiad. Po obiedzie i rozbiciu się poszliśmy na Mszę Świętą, którą ojciec Jarek odprawił specjalnie dla nas. Zakończyliśmy ją Modlitwą Harcerską. Potem poszliśmy odpocząć po całym dniu. Wzięliśmy prysznice. W końcu Lubrza była ostatnim punktem wędrówki. Potem poszliśmy do kuchni zjeść coś jeszcze. Mieliśmy szybko się uwinąć a potem iść spać, ale rozgadaliśmy się. Szły różne anegdotki i wspomnienia. A do wspominania jest dużo więcej niż tu zostało zapisane ;) ale o tym to już wiedzą Ci, którzy tam byli :).

    Chcielibyśmy za udzieloną pomoc i wsparcie Serdecznie podziękować:

    - Księdzu Proboszczowi z Lubrzy za udzielenie schronienia

    - Księdzu Jarkowi za pomoc i odprawienie Mszy Świętej

    - Księdzu Kamilowi za mapy :) okazały się bezcenne!

    - Pani Sołtys z Wysokiej, za przechowanie rzeczy i pomoc w załatwieniu miejsca na obozowisko

    - Państwu Holakom za udostępnienie miejsca na obozowisko

    - Strażakom z Nowego Miasteczka obok którego leży Lubrza (nigdy odwrotnie rzecz jasna :) )

    - Panu z pomarańczowego busa, który nas podwiózł do Lubrzy (żałujemy że nie wzięliśmy do Pana kontaktu! Mamy nadzieję, że kiedyś Pan to zobaczy!)
     
    Sonda
    Czy jesteś harcerzem?
     
    Logowanie